Zaczynamy!

Witajcie,

Dzisiaj jest dzień, kiedy w końcu założyłam bloga. Nosiłam się z tym zamiarem już z rok, jak nie trzy, także juhu! Nareszcie 🙂

Blog będzie o tym, czym się staram zajmować – o szczęściu i rozwoju osobistym.

Mam szczerą nadzieję, że te wpisy komuś pomogą.

Na zdrowie!

Asia

PS. Na początek pozytywna nuta 🙂

Masz skrzydła, to leć!

Dzisiaj trochę o poczuciu własnej wartości.

Pamiętam, kiedy oświeciło mnie, że należy się skupić na swoich mocnych stronach, zamiast na tym czego nie potrafię i jakim odkryciem to dla mnie było. Dlatego wylądowało na ścianie jako wielki napis:

SKUPMY SIĘ NA TWOICH MOCNYCH STRONACH

Dlaczego to takie ważne?

Ano dlatego, że mamy zwyczaj pastwienia się nad sobą. Podawania listy powodów, dlaczego jest z nami coś nie tak. Czegoś nam brakuje, czegoś nie możemy, coś nas ominęło, bo nie jesteśmy tacy, jacy chcielibyśmy być.

Tymczasem mamy potencjał, którego nie wykorzystujemy w całości – podobnie jak ze szczęściem, lubimy się raczej skupiać na tym, czego nie mamy, zamiast na tym co jest dostępne tu i teraz.

Jakie są Twoje mocne strony? Co umiesz i co lubisz? Za co lubią Cię inni ludzie? Za co sam siebie lubisz? Czy doceniasz to, co masz i jaki jesteś? Czy jesteś w stanie stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie, patrząc w oczy, że siebie kochasz i wszystko jest z Tobą w porządku? To trudna sztuka (na początku), ale można się jej nauczyć.

Dlaczego trzeba siebie lubić i sobie kibicować? Krótka przypowiastka.

Miałam szczęście wylądować kiedyś na 4 miesiące w Hollywood 🙂 Tak tak, spełnienie marzeń, mieszkałam obok Kodak Theater (teraz Dolby Theater, rozdają tam Oskary), pracowałam w Universal Studios i poznałam mnóstwo naprawdę fajnych i wartościowych ludzi. Spotkała mnie też przygoda, której się w ogóle nie spodziewałam i która wywróciła mój światopogląd do góry nogami.

Otóż jeden mój kolega z pracy studiował muzykę na Uniwersytecie La Verne i pewnego dnia zabrał mnie ze sobą na dodatkowe zajęcia ze śpiewu, na które chodził. Wiedział, że gram na wiolonczeli (skończyłam 12-letnią szkołę muzyczną) i słusznie stwierdził, że pewnie mnie to zainteresuje. Teraz wyobraźcie sobie: zajęcia dla amatorów w normalnej sali koncertowej, z publicznością, a Ci ludzie, którzy tam przyszli to nie byli jacyś śpiewacy: tacy zwykli, jak Ty i ja, mający owszem słuch, ale zazwyczaj bez żadnego doświadczenia.

Ludzie ci wychodzili na scenę i śpiewali przygotowane piosenki, na fortepianie podgrywał im nauczyciel, na sali była też zawodowa śpiewaczka. Śpiewali raz, potem była chwila na uwagi publiczności, chwila na pracę z tą trenerką i drugi przebieg. Przypominam, to byli ochotnicy, którzy chcieli się czegoś nauczyć, ale startowali praktycznie od zera.

Siedziałam tam i myślałam, że spłonę ze wstydu za tych ludzi na scenie, albo wejdę pod krzesło i już tam zostanę. Nie śpiewali specjalnie dobrze, a słuchało tego z 40 osób. Czy wyobrażacie sobie siebie w podobnej sytuacji? W dodatku chłopak, który mnie zabrał, było nie było, na randkę, też wystąpił.

Co było w tym wszystkim zupełnie niezwykłego? Dwie rzeczy.

Po pierwsze, ci ludzie, którzy występowali, nie wstydzili się. Wychodzili na scenę i śpiewali, bo chcieli się czegoś nauczyć i nie wyglądali przy tym na szczególnie zbolałych (w przeciwieństwie do mnie). Uczyli się, robili to  dla siebie i co mnie kompletnie zszokowało… Po pierwszym prześpiewaniu i pracy z trenerką, tak z 30% tego co usłyszałam SPOKOJNIE NADAWAŁO SIĘ DO PUSZCZENIA W RADIO. Nie żartuję.

Po drugie, reakcja publiczności była skrajnie różna od mojej. Kiedy jakiś uczestnik kończył pierwszy występ i padało pytanie: „Co o tym sądzicie?”, ludzie mieli do powiedzenia masę pozytywnych rzeczy. „Lepsza dynamika niż ostatnio,” „Na więcej starcza Ci oddechu, super poprawa”. A ja, przyzwyczajona przez lata szkoły muzycznej do twardego oceniania i wyłapywania wszystkich niedociągnięć, myślałam, „Czy oni słyszeli to samo co ja?”. Wszyscy byli mili, nikt nie powiedział jednego złego słowa, a jeśli już ktoś miał jakąś radę, to RADĘ, a nie słowa krytyki.

Wychodziłam z tych zajęć po trzech godzinach jak pijana. Pomyślałam: „To ja tyle lat na tyłku siedzę i rzeźbię na tej wiolonczeli, i ciągle jest coś nie tak, a tu proszę, ludzie w półtorej godziny robią takie postępy… Tyle zmarnowanych lat!”

A potem przyszła jeszcze jedna refleksja: który przemysł muzyczny jest największy na świecie? Skąd pochodzą te wszystkie talenty, nurty i gatunki, które potem wszyscy tylko naśladują albo rozwijają?

Od tamtej pory mam przekonanie, że robimy sobie kuku krytykując się za byle co i skupiając tylko na tym, czego nie umiemy. Co z tego, że coś nam nie wychodzi albo nie mamy jakiegoś talentu? Na pewno mamy JAKIŚ talent! I to nie jeden.

Przyzwyczailiśmy się myśleć, że coś jest z nami nie tak i co najgorsze – koncentrować się właśnie na tym. Zobacz jak wygląda na przykład polska szkoła: od maleńkości jesteśmy oceniani za to, czy coś umiemy czy nie. Czy w domu świętowano Twoje piątki? Czy raczej ich nie zauważano, bo ważne tylko było, czy przypadkiem nie złapiesz jakiejś pały? (O, wtedy to było święto, prawda?) Nie jest powiedziane, że w życiu przydadzą Ci się daty bitew, ale jak łatwo jest, zwłaszcza gdy jest się dzieckiem, pomyśleć, że jest się do niczego, bo oceny zawsze mogłyby być jeszcze lepsze?

Tymczasem na braku niczego się nie zbuduje. Przepraszam, można. Właśnie niskie poczucie swojej wartości, a tego lepiej uniknąć.

Ważne jest, żeby robić to, w czym jest się dobrym. I zacząć siebie chwalić i być z siebie dumnym. Można to sobie nawet mówić w lustrze, co ja robię i co serdecznie polecam. Znaleźć ludzi, którzy pomogą ten Twój diament oszlifować tak, żeby był z niego brylant. Zadbaj o siebie. Pogłaszcz się po głowie za to co już osiągnąłeś. Pozwól sobie zobaczyć, jak dobry jesteś w tym, co lubisz i zajmuj się tym, nie trać czasu na rzeczy, które Cię nie interesują, bo tam, naprawdę, nie osiągniesz sukcesu. Nie warto tracić na to czasu. Życie jest na to za krótkie.

Pozwól swojemu umysłowi pobłądzić chwilę i zastanowić się, co Cię tak naprawdę kręci. A potem… poświęć na to odrobinę czasu codziennie, chociaż 15 minut. Albo godzinę 🙂

Tak jak ja na pisanie o szczęściu 🙂

Pozdrawiam Was wszystkich i życzę udanego tygodnia!

Aloha! 🙂

PS. Mała próbka, co można osiągnąć, jeśli się wierzy w swoje siły – muzycznie 🙂 I jak niewiele potrzeba, żeby był hit.

Polecam – Walk Off The Earth!

 

 

Czym jest szczęście?

– O, znalazłeś szczęście! Gdzie było? Tak długo szukam i nigdzie go nie mogłem znaleźć!

A, wiesz, zrobiłem je sobie sam.

Ta krótka historyjka dobrze ilustruje, czym jest szczęście. Szukamy go wszędzie. Wydaje się być towarem deficytowym. Czymś nieosiągalnym. Odczuwanym raz na jakiś czas, raczej rzadko i krótko.

Tymczasem dobra wiadomość brzmi: możesz być szczęśliwym, jeśli tylko sobie na to POZWOLISZ.

Jak to? Pomyślałeś pewnie. Co tu do rzeczy ma pozwalanie?

Ano ma. Co lubisz robić? Co sprawia Ci radość? Przy czym czujesz się odprężony i zrelaksowany? I teraz szpila: a kiedy ostatnio to robiłeś?

Nie mam czasu! – pewnie ciśnie Ci się na usta. Albo pieniędzy. Albo odpowiedniego towarzystwa, miejsca, możliwości… Lista może być długa i dowolnie złożona.

No tak, ale kto dysponuje Twoimi pieniędzmi? Albo Twoim czasem? Kto decyduje, co robisz po pracy? Albo jaką w ogóle MASZ pracę? No kto?

(Zastrzeżenie: jeśli czytasz to i masz mniej niż 18 lat, część z tych wpisów potraktuj metaforycznie 🙂 Wiem, że nie o wszystkim jeszcze decydujesz, ale umówmy się, o niektórych rzeczach już tak.)

Proponuję zacząć od zrobienia listy tematów, które Cię uszczęśliwiają. Ja kiedyś wzięłam kartkę i pisak, włączyłam fajną muzykę i poszłooo! Już samo robienie takiej listy poprawia humor, bo przypominają się te wszystkie fajne rzeczy. Kartka od tamtej strony wisi na ścianie w okolicach łóżka i sprawia, że się uśmiecham, kiedy tylko na nią spojrzę (albo przypomina mi, że życie ma sens, kiedy akurat nie mam najlepszego nastroju).

Możesz też wziąć trochę większą kartkę (u mnie tej roli świetnie sprawdzają się stare kalendarze – z tyłu w końcu są białe), garść ulubionych, ale już przeczytanych magazynów/gazet/katalogów z biur podróży/… i stworzyć opowieść o sobie ze wycinków (z angielska zwie się to scrap book). Przeglądaj gazety i co Ci fajnego wpadnie w oko to bach, klejem to na tą kartkę. Kiedyś zrobiłam coś podobnego na jednym szkoleniu, była to forma opowiedzenia innym uczestnikom o sobie. Wisi na ścianie już któryś rok i nie przestaje mnie zaskakiwać, jak nadal jest aktualne (aczkolwiek lista z ręki pisana jest bardziej kompletna i wyczerpująca). Żeby zaspokoić Waszą ciekawość, na moich obrazkach jest szycie i  robienie na drutach (przykleiłam trochę włóczki), podróże, lasy i łąki, czytanie, (o kurczę muszę polecieć spojrzeć co jeszcze…) no tak, muzyka (była wiolonczelistka i pianistka, a jeszcze nie zrealizowana śpiewaczka) i aktorstwo (to ostatnie albo już daleko za mną albo jeszcze przede mną 😉 ).

Kiedy już Twoja lista będzie gotowa, polecam spoglądać na nią często i zadawać sobie pytanie: czy rzeczywiście to wymaga aż tak wiele poświęcenia i wysiłku, żeby to zrobić? A jednak sami sabotujemy siebie, nie pozwalając sobie robić tych rzeczy, do tego stopnia, że czasami wprowadzamy się w chronicznie zły humor. Tymczasem wystarczy (w moim przypadku) włączyć radio/płytę z ulubioną muzyką i popodskakiwać, zamiast siedzieć i patrzeć w komputer, albo pójść na spacer/basen/spotkanie z przyjaciółmi, chociaż się niby nie ma siły. Oj, jak już się ruszy te 4 litery to zazwyczaj się okazuje, że naprawdę warto było.

I nie kosztuje to wiele, i często jest na wyciągniecie ręki.

Mam nadzieję, że ten krótki wpis na początek się Wam przyda. Piszcie, co jest na Waszych listach szczęśliwych tematów?

Aloha!