Tytułem wyjaśnienia (a nawet kilku wyjaśnień)

zdjęcie0363

Po pierwsze, powód, dla którego nie było wpisów ostatnio jest dość ważny, ale z wpisem, dlaczego tak, przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać.

Po drugie, zmienił się trochę wygląd bloga. No i parę osób pytało mnie, co to za zdjęcie było długo jako logo. Zgadnijcie 😉 Zagadka wyjaśni się na końcu tekstu.

Pisałam już wcześniej o wdzięczności – o tym, jak jej regularne praktykowanie pozwala spokojnie spojrzeć na świat dookoła. Dzisiaj o tym, jak może ten świat naprawdę zmienić.

Czytam właśnie po raz drugi Kod dostatku Julie Ann Cairns (jeszcze niedostępna po polsku książka The Abundance Code, pisałam już o niej tu) i przeżywam ten sam cud na nowo – dlatego liczę, że i Wam się przyda to ćwiczenie.

Julie przekonuje nas, że dobrobyt i dostatek już tu są. Ale nasza ludzka natura, nasz „prymitywny mózg” usiłuje nas przekonać że tak nie jest, bo cały czas skupia się na zagrożeniach. A tu kilka argumentów za tym, że mamy się lepiej niż kiedykolwiek:

  • Zdecydowana większość z nas coś dzisiaj zjadła, ma dach nad głową, a w nim bieżącą wodę i – uwaga! – spłukiwaną toaletę. Sprawa nie do pomyślenia jeszcze sto lat temu;
  • w ciągu ostatnich 60 lat o 90% zmniejszyła się śmiertelność matek i dzieci przy porodzie;
  • żyjemy dłużej niż kiedykolwiek wcześniej w historii
  • i nawet… jeździmy na wakacje.

Wszystko to jest możliwe dzięki postępowi technologicznemu. Kiedyś gnębiły nas głód i choroby, susze, pożary i inne katastrofy w sposób, który miał dramatyczny wpływ na nasze życie. Dzisiaj te zagrożenia w znacznym stopniu udało się opanować.

Już widzę, jak Twój mózg się buntuje: ale przecież choroby nadal są! Zobacz na głodujących na całym świecie, wojny, przemoc, uchodźców, terroryzm. Wystarczy zajrzeć na pierwszy z brzegu portal informacyjny.

Odpowiedź brzmi: ostatnie siedemdziesiąt lat to najbardziej pokojowy okres w historii ludzkości. Kiedyś krwawych konfliktów było znacznie więcej (choćby historia Europy przed XX wiekiem), ale teraz dzięki telewizji i innym mediom, widzimy konflikty z najdalszych stron świata codzienni kilka razy. A dlaczego tak się dzieje?

Sęk w tym, że dostajemy informacje o tych złych wydarzeniach, bo bardziej ekscytują nasz mózg. Dobre wiadomości często uznajemy za po prostu nudne – kto by chciał czytać o tym, że koło gospodyń wiejskich przeprowadziło zbiórkę na szczytny cel i zebrało 1000 zł? Ale jakby tak ktoś te 1000zł zajumał z banku, o, to już ciekawe.

Im bardziej wiadomości drastyczne, tym lepiej się sprzedają i chociaż zabrzmi to okropnie, media z tego żyją, wykorzystując tę właśnie właściwość naszego mózgu. Zagrożenie ma w nim zawsze wyższy priorytet, niż „normalność”.

A teraz przyjrzyjmy się tej normalności. Masz co jeść i co pić, pewnie duża część Twojej rodziny żyje. Masz swoje własne łóżko i ciepło zimą. Masz pracę albo szkołę. Masz przyjaciół i trochę pieniędzy. Zazwyczaj masz też w miarę zdrowe ciało i jeszcze dużo, dużo zębów.

Znowu słyszę, jak Twój mózg mówi: jasssne, tylko czemu kolano mnie boli? Czemu humor mam dzisiaj zryty? Czemu robota taka do kitu, a kasy za mało? Czemu ten a ten zachował się tak a tak?

Nie przeczę, problemy istnieją. Ale czy myśląc o nich nieustannie i je przeżuwając w myślach w jakikolwiek sposób zbliżamy się do ich rozwiązania? Niekoniecznie. A na pewno oddala nas od poczucia szczęścia

Co więc zrobić? Od czego zacząć?

Najprościej – od wdzięczności.

Rozejrzyj się dookoła siebie i dostrzeż rzeczy, które lubisz. Założę się, że jest ich znacznie więcej niż myślisz i na co dzień zauważasz.

Jeśli myślisz, że nie lubisz swojej pracy – ale jeszcze jej nie rzucasz, to pewnie jest w niej coś, co jednak Ci odpowiada. Może są to ludzie? Może pensja? Otoczenie?

Jeśli pokłócisz się z kimś bliskim – przypomnij sobie, co w tej osobie jest dobrego? Spróbuj wyobrazić sobie, że spotyka tą osobę coś dobrego. Chociaż może to być z początku trudne, naprawdę można się w tym wyćwiczyć. Oczywiście nie mówię, że trzeba wybielać czyjeś zachowanie, jeśli nic nie można zrobić, trzeba się odwrócić na pięcie i odejść. A przy okazji polecam poczytanie o asertywności, to zawsze pomaga w trudnych sytuacjach. Tak czy siak, pewnie znajdziecie wokół siebie wielu dobrych ludzi.

Jak pisałam wcześniej, wdzięczność pozwala się poczuć lepiej i dostrzegać dobro, które nas otacza. I tu wracamy do historii zdjęcia, które widzicie na górze i które właśnie zostało zastąpione. To zdjęcie jest z terenu firmy, w której pracuję 🙂 Po tym, jak latami narzekałam, że mam tam daleko, że w jedną stronę jadę godzinę,  bo komunikacja kiepska, postanowiłam się skupić na pozytywach. Na początku na siłę 😉 I co się okazało? Że naprawdę lubię i cenię ludzi, z którymi pracuję (i z którymi też często śmieję się w autobusie), że firma jest dynamiczna i pozwoliła mi się rozwinąć i wiele nauczyć, a ten koniec świata, na którym się znajduje, też ma swoje zalety. Takie jak na przykład czyste, świeże powietrze (w Warszawie towar często deficytowy) i widoki jak na Mazurach przy wyjściu ze stołówki. Można się poczuć przy takich widokach jak na wakacjach 🙂 Przestałam narzekać. Czego i Wam życzę.

Druga rzecz jaką warto zrobić, to dać sobie spokój z wiadomościami – nie tylko tymi w TVP :p Jak nazywa to Doreen Virtue, trzeba sobie zrobić informacyjny detoks. Nie zaglądać do internetu, nie czytać plotkarskich portali, tylko zająć się tym, co na świecie dobre. Można poczytać portale naukowe i zajrzeć co tam dobrego znowu inżynierowie wymyślili dla nas. Są nawet strony z dobrymi wiadomościami! (Wpisz w googla „dobre wiadomości” 🙂 )Po angielsku ostatnio zaczytuję się http://brightside.me/   Można poczytać fajne, interesujące nas książki albo magazyny. Świat jest naprawdę dużo lepszy, niż zwykłe media pokazują.

Jako puenta niech posłuży zdanie wypowiedziane przez Marka Siedleckiego, mojego znajomego, który parę lat temu wybrał się w podróż dookoła świata – na piechotę i stopem. Nie było go ponad dwa lata. Krótkie podsumowanie jego podróży:

  • Doświadczenie przed wyprawą: brak
  • Czas przygotowań: 2,5 miesiąca
  • Czas podróży: 791 dni,
  • Liczba państw: 41 państwa + Polska
  • Pierwszy hostel po ok. 350 dniach podróży (kolejny nocleg w hostelu ok 200 dni później)
  • Liczba przebytych kilometrów:
    • ok 70 000 km drogą lądową, w tym:
      • ok 55 000 km autostopem,
      • ok 3000 km pieszo
      • ok 1000 km jachtostopem

Kiedy wrócił, uśmiechnięty, szczupły i opalony i zebrał znajomych w klubie, żeby nie opowiadać tego samego dziesiątki razy (a przyszło ze 100 osób) i wziął mikrofon w ręce, pierwsze co powiedział brzmiało mniej więcej tak:

„Nie wierzcie mediom. Świat jest pełen dobrych ludzi.”

Ostatnio zapytany o to samo, powiedział:

„Biorąc pod uwagę wyrażenia ze świata można by pomyśleć co innego. 
Ale i tak będę trzymać się tego co powiedziałem.”

I ja też tak myślę 🙂

A na koniec nowe zdjęcie opisujące blog i moja puenta: po tym jak skupiłam się na „Mazurach” w mojej pracy łatwiej było mi dotrzeć nad „morze” pod moim rodzinnym miastem. Kiedy jest się wdzięcznym za to co się ma, Wszechświat daje nam więcej tego dobrego 🙂

IMG_0213

(Staw Trzcielin k. Ostrowa Wielkopolskiego)

PS1. Julie Ann Cairns udostępnia darmowe filmy podsumowujące główne tezy z jej książki – można je obejrzeć (tylko po angielsku) tutaj: http://theabundancecodebook.com/

PS2. Marek Siedlecki prowadzi bloga, którego też polecam odwiedzić: http://www.onemantrip.com/ i stronę na fb https://www.facebook.com/onemantrip-115118601845036/?fref=ts

 

 

Oddychanie – od tego można się uzależnić

Zdjęcie4276

Kwitną lipy! Czas na spacery.

Jest to wyjątkowy czas w roku. Odkąd parę lat temu odkryłam, jak oszałamiająco słodki i intensywny może być zapach tych drzew, drugą połowę czerwca rezerwuję na spacerowanie i wąchanie. Przerodziło się to już w swego rodzaju polowanie na dorodne drzewa/grupy drzew/aleje. W mojej głowie nieustannie powstaje mapa, gdzie można iść, żeby doznać pewnego specjalnego uczucia, o którym za chwilę.

W zeszłym roku urlopując się w moim rodzinnym mieście zorientowałam się, że jedną ulicą mam ochotę jeździć rowerem w tą i z powrotem. Trwało chwilę, zanim zorientowałam się, że przyczyną są właśnie kwitnące lipy, a właściwie ich gęsty szpaler po obu stronach jezdni. Jeździłam tak długo aż zorientowałam się, że… biorę oddech w tak specyficzny sposób, że za co którymś razem przypominam on głębokie westchnienie, takie, jakie wydaje się, kiedy się coś głębokiego przemyślało i poczuło ulgę. Znacie to odczucie? Pewnie paru z Was właśnie tak odetchnęło, a przynajmniej spróbowało, co? 🙂

Zorientowałam się, że to chodzi o to, że wciągam to powietrze jak najwolniej, żeby delektować się tą słodką, delikatną wonią. I robię to jak najdłużej, aż zamieniam się praktycznie w pełny balon 🙂 szczególnie klatka piersiowa pracuje wtedy bardzo wydajnie. I jaka ulga! I jakie przyjemne uczucia zrelaksowania i spokoju mnie tedy ogarniają 🙂 Mniam!

Już kiedyś słyszałam o świadomym oddychaniu, ale poza wąchaniem lip nie mam zbyt wielkiego doświadczenia, dlatego zainteresowałam się tematem. I oto co znalazłam:

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,100961,19439112,jeden-glebszy-to-teraz-powiedz-czy-robiac-to-wszystko-oddychalas.html?disableRedirects=true

Pani Święcicka wybrała się na trening oddychania i nie żałowała, to postanowiłam, że i ja spróbuję.

Oczywiście jako osobie, która nie zajmowała się tym wcześniej, w gonitwie codzienności trudno było mi wyasygnować czas na coś takiego jak „oddychanie”. W wolnym czasie sporo czytam i ogólnie staram się skupić na pchaniu swoich tematów do przodu, więc trudno było mi się skupić, ale z pomocą przyszło mi…PKP.

Konkretnie, nowiuteńki pociąg, który miał od 21 przewieźć mnie w niecałe 4 godziny 270 km, postanowił się zepsuć i podróż w efekcie zakończyła się około godziny 3 nad ranem.

A ja, po 23 gotowa właściwie spać, odpaliłam sobie o to:

 

I tak jak normalnie bym tego nie zrobiła, tak przez godzinę ćwiczyłam z panem Godlewskim  i jego kolejnymi filmikami i muszę powiedzieć, że fajnie było 🙂 Więc jeśli ktoś z Was interesuje się oddechem, albo już ćwiczy – polecam stronę  http://www.uwolnijoddech.pl/

Przy okazji tego tematu: mój oddech zmienił się bardzo też pod wpływem pływania. Miałam szczęście trafić w 2010 na bardzo fajnego trenera (Herve, pozdrawiam! Je salue!), który nauczył mnie wszystkiego od początku (chociaż wydawało mi się, że już umiem pływać) i każde zajęcia rozpoczynał od rozgrzewki oddechowej. Od tamtej pory pokazuję te ćwiczenia każdemu nieszczęśnikowi, który dostanie się w moje ręce na basenie. Polegają w największym skrócie na wzięciu 10 jak najszybszych, głębokich wdechów ustami i wypuszczeniu ich jak najszybciej pod wodą głównie nosem, a wszystko to trzymając się brzegu basenu. Chodzi o to, by było to zrobione w warunkach bezpiecznych i by odbywało się w szybkim tempie, a nie o to, by wypuszczać to powietrze do końca ani żeby długo je wciągać, tylko takie ciach- wdech, ciach – wydech pod wodą, i tak 10 razy. Potem niesamowicie łatwiej się pływa i dużo trudniej jest się „zalać” wodą, bo nabiera się nawyku prawidłowego wydychania. Żebra się przyzwyczajają, że mają się odginać na boki i mnóstwo powietrza mieści się wtedy w brzuchu. A to pomaga potem na co dzień 🙂

Więc – zachęcam teraz, u progu lata, pospacerujcie i powąchajcie kwitnące lipy. Miłe wrażenia gwarantowane! Nawet jeśli nie z wąchania, to na pewno z samego spaceru 🙂

Czego trzeba się nauczyć od Roberta Lewandowskiego

Euro trwa, emocje się wszystkim udzielają i nawet ja (zupełnie nie-futbolowa) sprawdzam, co tam się z naszymi dzieje. I tak w poniedziałek, po wygranym meczu z Irlandią Północną, usłyszałam w Trójce wywiad z naszymi piłkarzami. Konkretnie uderzyła mnie pewna wypowiedź Roberta Lewandowskiego. Najpierw oczywiście został przepytany jak się grało, jak strategia, taktyka, itp. Potem został zapytany o kibiców w czasie meczu:

– Czy było ich słychać?

– Było, ale mogli by się bardziej postarać (!). Zwłaszcza, gdy idzie nam słabiej, są nam bardzo potrzebni (!!).

Po pierwsze: to my, kibice, mamy zwyczaj skarżyć się na piłkarzy. A tu piłkarz narzeka na kibiców?

Po drugie, nie jestem kibicem, więc pewnie się nie znam, ale z tego co sobie przypominam, najłatwiej się drzeć po tym jak ktoś strzeli gola, o czym z resztą przekonałam się w weekend, gdy siedząc wieczorem u mamy na tarasie… po prostu usłyszałam, że chyba strzeliliśmy, bo w całej okolicy nagle było słychać niesamowity wrzask. I tak, to była właśnie ta 51 minuta.

A jak chłopakom (czy też dziewczynom) nie idzie, to popadamy w jakiś marazm (ewentualnie w znienawidzone „nic się nie stało”).

I teraz przechodzimy do sedna tej opowieści: czy nie jest tak, że mamy zwyczaj entuzjastycznie dopingować czy to innych, czy samych siebie, tylko wtedy, kiedy nam dobrze idzie? A w innych momentach – co najmniej niekoniecznie?  Czy przypadkiem nie jest tak nam najłatwiej?

Ale czy najmądrzej?

W tym co powiedział Robert, jest naprawdę duża mądrość:

  1. Wspieraj i siebie, i innych, WŁAŚNIE WTEDY, KIEDY NIE WYCHODZI! To wtedy doping jest najpotrzebniejszy. I wiara w to, że naprawdę może się udać, choć może w tej chwili ogarnia nas zniechęcenie. Drzeć japę po golu oczywiście też można, nawet trzeba! Ale kiedy nie idzie, wsparcie jest jeszcze bardziej potrzebne. I dopingować właśnie wtedy trzeba najmocniej.
  2. Za to narzekania są jak kwas wylewany na świeżo posiane nasionka. Nic dobrego z tego nie wynika. Dlatego: przestań krytykować: reprezentację, innych oraz SAMEGO SIEBIE. Czy wyobrażasz sobie, że stoisz na meczu wśród polskich kibiców i kiedy naszym idzie gorzej, zaczynasz buczeć? Myślę, że zostałbyś szybko (i moim zdaniem słusznie) odwiedziony od tego pomysłu.
  3. Ostatnia rada dla Ciebie: bądź otwarty na kibicowanie innych! To znaczy: jeśli słyszysz od kogoś komplement, zwłaszcza dotyczący czegoś, czym się zajmujesz – przyjmij go! Zasłużyłeś na to! Podziękuj i uśmiechnij się, i bądź wdzięczny. I sam sobie jeszcze przyklaśnij. To jest doping dla Ciebie. Ktoś w ciebie wierzy. Uwierz i Ty. I nie jest pychą przyjmowanie tego. Skromność, która każe Ci powiedzieć „Och tam, takie tam nic wielkiego…” pozbawia Cię tej dodatkowej energii – i jest jak właśnie ta kropla kwasu. Zupełnie niepotrzebna! A przecież możesz od tego kibicowania wzrosnąć!

Także daj sobie szansę. Zmień przyzwyczajenia. Dopinguj się dobrymi myślami i słowami właśnie szczególnie wtedy, kiedy idzie Ci słabo. Na każdy szczery komplement reaguj szerokim uśmiechem i patrząc głęboko w oczy tej miłej osobie, która Cię tym komplementem obdarzy, powiedź „A to miło, dziękuję bardzo”. Od narzekania nikt nie czuje się silniejszy! NIKT.

Krótkie ostrzeżenie: komplementy, co do których nie jesteśmy pewni szczerych intencji można skwitować powłóczystym spojrzeniem osoby świadomej swojej wartości. Jeśli ktoś chciał nam zrobić głupi dowcip, pewnie się speszy. Myślę jednak, że na dłuższą metę będziecie zaskoczeni, ile z tych komplementów jest naprawdę prosto z serca. Może to też zmienić Wasze relacje z innymi ludźmi – tylko na lepsze. Bo tych sarkastycznych po jakimś czasie przestaje się chcieć słuchać. A tych naprawdę miłych może się ignorowało.

Dajesz radę. Pozwól sobie to zobaczyć w całej rozciągłości i kibicuj sobie, szczególnie tam, gdzie potrzeba jeszcze trochę włożyć pracy. Daj sobie dobre słowo kilka razy dziennie. Pracuj też nad swoim fanklubem – każdemu przydaje się wsparcie z zewnątrz! Nawet takim tuzom, jak Robert Lewandowski. Mam nadzieję, że weźmiesz z niego przykład 🙂

 

 

Jak się za to zabrać?

IMG_9706Jak tam u Was? Udało się Wam pogadać z wewnętrznym krytykiem? 🙂 Jeśli już macie jakieś przemyślenia, to chętnie poczytam o nich (pewnie
z resztą nie tylko ja)
w komentarzach 🙂

Dzisiaj ciąg dalszy tematu, czyli praktyczny poradnik  jak zabrać się do spełniania marzeń tak, żeby w końcu coś z tego wyszło. I to zdjęcie ma z tym wiele wspólnego 🙂 ale o tym za chwilę.

Teraz poproszę Cię, byś przez chwilę pomyślał, co to za temat, którym chętnie byś się zajął? Jak skończysz zdanie „Zawsze chciałem…”? Co by przyniosło tyle radości, a może nawet zmieniło Twoje życie na lepsze… ale tak jakoś nie idzie się za to zabrać?

Pewnie kiedyś próbowałeś, ale się nie powiodło. Uwierzyłeś, że się nie da. I pewnie masz na to mnóstwo dowodów! Czy nie jest tak, że już dawno zrezygnowałeś? Bo przecież…

Nie mam czasu.  Może kiedyś. Jak będę gotowy/gotowa. Teraz mam za dużo na głowie. Chętnie bym się zaczął, ale nie mam możliwości/odwagi…

Brzmi znajomo? Czas mija, postępów nie ma. Pewnie teraz jak to czytasz, po głowie chodzi Ci coś w rodzaju

  • Przecież to się nie da
  • Tyle razy już chciałem, ale nic nie wyszło, to czemu miałoby teraz wyjść?
  • Coś ze mną jest nie tak. A Ci co im wychodzi, są jacyś inni

Czy przypadkiem, pod tymi myślami nie leży coś takiego?

  • NIGDY MI SIĘ NIE UDA.
  • OŚMIESZĘ SIĘ. BOJĘ SIĘ.
  • NIE ZASŁUGUJĘ NA TO. NIE JESTEM TEGO WART.

I tu jest właśnie ukryty klucz. Myślimy, że nie możemy. Ale uwaga: to tylko myśl. Można z nią podyskutować. Przecież teoretycznie nic, poza tymi naszymi własnymi myślami nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy nasz temat zaczęli ogarniać. Czujemy wewnętrzny opór, bo przeszkadzają nam, jak ostatnio o tym pisałam, nasze własne przekonania. Sztuka polega na tym, by je dostrzec. A jak się już je zna, to można zacząć nad nimi pracować. A to, razem z rozważnym działaniem,  doprowadzi nas tam gdzie chcemy.

Teraz, jako przykład, jak wiele jest możliwe, przedstawiam Wam Przemka „Rockera” Wrzeszcza. Jak Wam powiem, że wyprowadził się od rodziców z łodzi i wynajął sobie mieszkanie w Warszawie, żeby tu pracować, pewnie wzruszycie ramionami. Jak powiem, że pracuje robiąc to co kocha – gra muzykę i na tym zarabia, pewnie poczujecie się zainteresowani. Jak powiem, że komponuje, a ktoś to nagrywa i robi teledyski, że czasem (na przykład dzisiaj) występuje na konferencjach i opowiada, jak żyć z pasją, pewnie buzia Wam się uśmiechnie. A co pomyślicie, jak powiem, że Przemo ma porażenie mózgowe, przez które nie ma możliwości żyć sam, bo nie wstaje z wózka? A do tego prowadzi spełnione życie, zajmując się tym co kocha?

Może w czerwcu temat dość odległy, ale tą kolędę skomponował w zeszłym roku:

A tu Przemo w pracy – gra ze słuchu na zamówienie:

I niech Was nie zmylą te łagodne melodyjki: Przemo jest najprawdziwszym metalem. Ostatnio na fejsie szuka wokalistki „w klimatach Metalcore” do jakiegoś swojego nowego projektu.

Czytaj: naprawdę wiele jest możliwe, jeśli tylko w to uwierzysz i podejmiesz się wyruszenia w drogę do realizacji swoich marzeń 🙂 Wszystko jest kwestią nastawienia. A na pewno możesz o wiele więcej, niż Ci się w tej chwili wydaje! To co, gotowi do podróży w nieznane?

Po pierwsze – wiedz, czego chcesz, a co Cię powstrzymuje i daj sobie prawo rozwiązać ten problem.

Usiądź wygodnie, pomyśl jak najbarwniej o swoim temacie, połóż rękę na sercu, weź kilka spokojnych oddechów i zapytaj siebie:

Co ZAWSZE chciałem robić?

Dlaczego  nie mogę tego zrobić?

Prawdopodobnie usłyszysz w sobie odpowiedź, zanim jeszcze skończysz je wypowiadać.

Co pierwszego przyszło Ci na myśl? Dlaczego nie możesz zacząć?

Łap pierwsze, co Ci przychodzi do głowy! To ten Twój skarb! I kiedy już masz to w ręku, czas na zastosowanie  opisywanej ostatnio praktyki: zasadzamy wątpliwości! 🙂

Czy faktycznie jest to taki blok skalny nie do pokonania? Jakie są alternatywy dla tego sposobu myślenia? Może można zrobić jakiś mały krok, by tę przeszkodę usunąć? Albo ją obejść? Albo nawet dać krok do tyłu, by zobaczyć ten problem w szerszej perspektywie? A co by było, gdybyś pozwolił sobie to głośno rozważyć? Porozmawiać o tym z kilkoma znajomymi?

Słuchaj swojej intuicji.

Oprócz krytyka masz w sobie też drugi głos – głos Twojego „powołania”. Mówi Ci, co jest fajne, co Cię kręci i w czym jesteś dobry. Pomaga tworzyć te fajne rzeczy, z których się cieszysz i wskazuje, czego w życiu chcesz. Prowadzi Cię w miejsca, gdzie możesz znaleźć przyjaznych ludzi, spokój i spełnienie. Tylko słabiej go słychać! Tak jest skonstruowany nasz mózg. Ważniejsze jest wyłapywanie sygnałów o zagrożeniu, więc bardziej koncentrujemy się na ostrzeżeniach niż na możliwościach rozwoju: taki ewolucyjny mechanizm samoobrony, przez wieki pomagał nam przeżywać, więc nie ma się co na niego złościć. Żywią się tym media, ekscytując nasz mózg masą złych wiadomości. Kto oglądałby telewizję o tym, że na świecie są dobrzy ludzie i dzieją się miłe rzeczy? A przecież na świecie codziennie dzieje się o wiele więcej „normalnych” dobrych historii! Muszą stawać się niezwykle spektakularne, by się przebić. To wszystko dlatego, że nasz mózg łatwiej pobudzić strachem niż nadzieją, agresją niż dobrocią.

Tym bardziej trzeba nadstawić ucha i słuchać co ten miły cichy dobry głosik mówi, chociaż można z początku reagować na to strachem czy zaprzeczeniem. On chce Twojego dobra. Wierzy, że się uda. Pomaga znaleźć sposoby, kiedy wydaje się, że nie można już nic więcej wymyślić. Żywi się łagodnością. Agresja go totalnie ścisza.

Pora więc zmienić nastawienie i dać prawo dojść mu do głosu.

Ja czasami lubię z pytaniem, co mnie powstrzymuje, posiedzieć przed lustrem. Wtedy te myśli jakoś tak szybciej wyskakują, a na mojej twarzy czasami maluje wyraz zgoła inny, niż bym się spodziewała. Dobrze jest popatrzyć sobie samemu w oczy. Kiedy orientuję się, o czy pomyślałam to naprawdę, nieraz jestem zaskoczona. Ale to na tym polega ta praca.

Bądź dla siebie łagodny. Bądź wdzięczny, że czegoś się dowiedziałeś, chociaż to może wydawać się z początku niezbyt ważne. Dobrze jest zapisać tą odpowiedź, która przyszła Ci do głowy w czasie tego ćwiczenia. Może to być coś całkiem irracjonalnego! Wtedy na pewno w głowie pojawi Ci się następne pytanie… To ten dialog z wewnętrznym krytykiem, o którym już pisałam. Przyjrzyj się tej myśli dokładnie. Skąd się wzięła? Kto tak powiedział? Dlaczego? I czy to aby na pewno prawda? Może kiedyś to była prawda, ale czy teraz? Jeśli czujesz strach, to co on Ci mówi? Posłuchaj. Czasem samo to wystarczy.

I kiedy już przeprowadzisz to ćwiczenie – podziękuj sobie. Pewnie niedługo się okaże, że łatwiej jest podjąć chociaż jakieś małe działanie, które pomoże Ci zrobić następny krok. I nawet jeśli ogarnie Cię euforia, nie oczekuj, że już teraz nastąpi natychmiastowy stuprocentowy sukces! To początek drogi – tak jak w górach, gdzie nie od razu znajdujesz się na samym szczycie, tylko masz do pokonania trasę; owszem jest to wysiłek, ale za to jakimi nagrodzony pięknymi widokami!

Z wewnętrznym krytykiem trzeba negocjować. I zawsze trzeba być dla siebie łagodnym. Jeśli będziesz chcieć od siebie za dużo – pewnie Twój krytyk się nie zgodzi, więc trzeba odpuścić. Wtedy daj krok w tył i zapytaj, czy może możesz w to miejsce zrobić coś innego, ale nadal zmierzającego w tym samym kierunku? Z czasem osiągniecie kompromis. Lepiej jest zrobić coś naprawdę małego niż nic. A robiąc ten pierwszy krok, dajesz sobie prawo do zrobienia drugiego, potem trzeciego i czwartego…

Mądrość druga – bądź dla siebie łagodny/łagodna

I tu poproszę, rusz wyobraźnią:

Masz dzieci? Albo chociaż w rodzinie jakieś małe dziecko? Pytam, bo ważne jest dla mnie, żebyś pomyślał o kimś bliskim. Teraz wyobraź sobie, że stoisz nad nim, kiedy ma około rok i uczy się chodzić, i właśnie stara się z całych sił podnieść z podłogi w taki sposób, żeby postawić samodzielnie pierwszych kilka kroków. Pamiętasz taki widok?

A teraz wybierz jedną z opcji: co robisz?

a) Zachęcasz to dziecko śmiejąc się szeroko i wyciągasz w jego stronę ręce, gadasz coś bez przerwy,  dodając mu wiary, że jeszcze tylko troszkę i już da radę! Wyobraź sobie jaki entuzjazm wykrzesujesz z siebie, żeby tylko ten szkrab się nie zniechęcił. I brawo! Udało się! Jest malutki kroczek! Co z tego, że zaraz bam na pupę. Ale jesteś dzielny, maluchu!

b) Stoisz nad dzieckiem z rękami opartymi na biodrach i mówisz do niego, z grymasem na twarzy: „Jestem niezadowolony z postępów. Zdecydowanie rozczarowany. Tak to będzie wyglądało? To kiedy zaczniesz chodzić sam po te zakupy? Kiedy będziemy w końcu biegać te przełaje?  I co z triatlonem i Iron Manem? i WYNIKAMI??”

Jak możemy się czegoś nowego nauczyć, jeśli jesteśmy dla siebie tak surowi? Czy przypadkiem sam nie zarzucasz się takimi wymaganiami? Czy dziecko miało by szansę czegokolwiek się nauczyć, gdybyśmy je tak oceniali?

I tu wracamy do zdjęcia.

Widzisz na nim Jurka, mojego bratanka w dniu jego czwartych urodzin. Dwa dni wcześniej nauczył się jeździć na rowerze i jak widać, z wielką radością i swadą ćwiczy 🙂 Zanim tego dokonał, dwa lata jeździł na rowerku biegowym. Dawał na nim radę naprawdę dobrze (wręcz kaskadersko), zanim w końcu dosiadł roweru z pedałami. Na zdjęciu widać jeszcze kij, który potem razem uroczyście zdemontowaliśmy.

Pamiętasz jak sam uczyłeś się jeździć? Pamiętasz ile to trwało? I ten trochę entuzjazm, a trochę strach? I tą motywację, wręcz determinację? Pewnie parę gleb się przy tym zaliczyło. Jak się wtedy czułeś? Zapewne nie wmawiałeś sobie, że jesteś nic nie wart, tylko brałeś się w garść, smarowałeś zdarte kolano śliną i próbowałeś dalej.

Wiec przestań oceniać siebie! A zwłaszcza – skończ się oczerniać. Jeśli przyjdzie Ci ochota skrytykować samego siebie – zamknij dziób. Przypomnij sobie to zdjęcie, dobrze mu się przyjrzyj, pomyśl sobie, co byś takiemu dziecku powiedział, i powiedz to samemu sobie. Mam nadzieję, że Ci to pomoże 🙂

Trzecia mądrość – bądź gotowy i otwarty na zmiany.

Miej świadomość, że bierzesz się za nowy dla Ciebie temat, więc pewnie nie wiesz o nim wielu rzeczy – właśnie dlatego, że wcześniej się nim nie zajmowałeś! Przecież po to zaczynamy pracę, żeby to doświadczenie zdobyć. I nawet coś nie pójdzie według Twojego planu – to bardzo dobrze! Ucz się. To oczywiste, że planując coś, na czym w gruncie rzeczy się nie znamy, nie weźmiemy wszystkich czynników pod uwagę – bo skąd mielibyśmy to wiedzieć? Może się zmienić plan w szczegółach, ale najważniejsze, żebyś wiedział dokąd podążasz. Bądź w stanie zrezygnować z części tego planu – przynajmniej na początku, żeby tylko zaczął się realizować. I tak czeka Cię nagroda 🙂

Kiedy zaczynasz zajmować się tym, co kochasz, może się okazać, że Twoje życie zaczyna się zmieniać i to niekoniecznie w kwestiach związanych bezpośrednio z Twoim zainteresowaniem. Może trzeba zmienić niektóre nawyki. Przeorganizować plan dnia albo tygodnia. Może negocjować z bliskimi. Może trzeba będzie nauczyć samemu sobie odpuszczać presję. Może neutralizować perfekcjonizm.

Ten to jest dopiero upierdliwy! Wspaniale powstrzymuje przed pójściem do przodu. „Kategorycznie nie zgadzam się, byśmy cokolwiek zaczynali, dopóki nie będziemy zdecydowanie w 100% gotowi!”

Prawda objawiona brzmi: NIGDY NIE BĘDZIESZ W 100% GOTOWY! Zawsze coś będzie stało na Twojej drodze! Zwłaszcza jeśli nie pozwalasz sobie na zdobycie doświadczenia bo… nie masz w doświadczenia. Ale jeśli ZACZNIESZ, robiąc jeden krok na raz, masz szansę dojść tam gdzie zmierzasz. Jeśli nie zrobisz nic, na zawsze utkniesz w miejscu i pozostanie Ci tylko żałowanie i rozgoryczenie, że się nie spróbowało.

Krytyk jest naprawdę sprytny (szczerze mówiąc, dokładnie tak samo sprytny jak Ty, więc masz godnego siebie przeciwnika), bardzo chce Cię chronić i często zmienia nastroje i taktyki. Z czasem, im bardziej przybliżamy się do naszego celu, opór lubi się nasilać, co znaczy tylko tyle, że jeszcze coś musimy zmienić. Czasem się upadnie, ale tylko po to, żeby wstając czegoś się nauczyć.

Każdy układ, w tym nasze życie, chce zachować równowagę – nazywa się to homeostazą. Więc opór jest normalny. Traktuj go więc jako część swojej drogi. Jeśli założysz, że dwa kroki do przodu i jeden do tyłu to nie tragedia, tylko szukanie lepszej ścieżki, będzie Ci znacznie łatwiej.

Mądrość czwarta – proś o pomoc

Kiedy już zaczniesz swoją drogę i poczujesz, że potrzebujesz pomocy – poproś o nią. Na pewno jest mnóstwo osób, które zajmują się tym, co Cię interesuje. Znajdź ich i idź tam. Możesz poznać ludzi, którzy zostaną Twoim nowymi przyjaciółmi.

Jeśli to czytasz a mimo wszystko nadal czujesz jakiś masakryczny wewnętrzny opór przed zabraniem się – to znaczy, że zależy Ci naprawdę BARDZO. Przyjrzyj się temu. Jeszcze raz powtórzę: bądź dla siebie łagodny/łagodna. Co Cię powstrzymuje? Co to za blok skalny? Naprawdę nie chcę, żebyś pchał go twarzą!

W takim przypadku może pomóc też poproszenie o pomoc siły wyższej (jeśli w nią wierzysz). Jeśli się modlisz – możesz się pomodlić i poprosić o przewodnictwo. Jeśli medytujesz – pomedytuj na ten temat. Jeśli nie medytujesz – daj sobie czas na wyjaśnienie ze sobą tej sprawy. Pójdź na spacer, na ryby, na imprezę, pozwól, żeby te myśli wypłynęły na wierzch, a potem, zgodnie z przedstawioną wcześniej metodologią… daj sobie prawo je rozbroić. Dasz radę. To też jest praca.

Jeśli czujesz, że nie bardzo wierzysz, że osiągniecie Twojego marzenia jest możliwe – spróbuj tego sposobu. Zacznij zajmować się swoim projektem tak, żeby było Ci jak najłatwiej! Ułatwiaj sobie zadanie, a nie utrudniaj. Nie oczekuj od siebie, że wszystko stanie się od razu takie, jak sobie wyobrażasz. Ale zrób choćby jeden krok zgodnie ze swoją intuicją.

Mądrość piąta – tylko jeden kro na raz

Co będzie, jeśli będziesz próbować iść za szybko? Albo pomijać jakieś kroki? No cóż, pewnie gleba. Ale podnosząc się zdajesz sobie sprawę, co trzeba zmienić. To też jest częścią nauki. I nie ma się na to co obrażać. Takie są prawa fizyki i tak działa ten świat: trzeba wykonać wszystkie kroki po kolei. Prawa, lewa, prawa, lewa i tak dalej.

Bądź przygotowany, że rezultaty mogą być odsunięte w czasie. Ale będą.

To co robisz nie zawsze musi być idealne. Pozwól temu dojrzeć! Pozwól przejść przez kolejne etapy rozwoju. Pomyśl o tych wszystkich motylach w kokonach i brzydkich kaczątkach. To zabiera czas! I Twoją pracę.

Mądrość szósta: zaufaj.

Kiedy już zdecydujesz się dać sobie prawo do zajmowania się swoim tematem – ufaj, że Twoja intuicja prowadzi Ci w dobrym kierunku. I jak zaczniesz robić cokolwiek konkretnego, zobaczysz, jak niektóre drzwi same zaczynają otwierać, a problemy rozwiązywać. Wszystko będzie zmierzać w dobrą stronę. Pilnuj tylko tego, żeby uważnie słuchać, co się tam u Ciebie w środku dzieje i działaj.

I w tym miejscu, już tradycyjnie, przykład z mojego ogródka, czyli o pisaniu.

Jak już wcześniej pisałam,  od dawna marzyłam, że będę pisać. Moje pierwsze blokujące przekonania, z którymi musiałam się teraz uporać, polegały na tym, że

  1. Nie mam pomysłu na powieść (i musi to być powieść dla dzieci na światowym poziomie).
  2. Potrzebuję czasu (najlepiej bardzo długiego urlopu), żeby się oderwać o przyziemnych spraw i  wymyślić pomysł, żeby książka była porywająca
  3. Pracuję na pełen etat, więc nigdy czasu nie mam dość, więc pisanie książki to pewnie na emeryturze, albo nigdy. Kropka. Nie da się, dowiedziono.

Te blokady zostały one rozbrojone we wstępie do internetowego kursu dla początkujących pisarzy organizowanego przez Hay House, wydawnictwo poradników z Kalifornii, przez Doreen Virtue, pisarkę, doktora psychologii i terapeutkę, obecnie znaną jako „pani od aniołów” (w Polsce dostępnych jest kilkanaście jej książek). Opowiedziała, że ona sama nie wierzyła, że ma prawo pisać, jakby pisarze rodzili się z jakimś innym kodem genetycznym. Ale kiedy już udało się jej przekonać samą siebie, że jednak na to zasługuje, to się okazało, że nawet będąc samotną matką dwójki dzieci, pracującą na pełen etat i zaocznie studiującą, potrafiła znaleźć czas na na pisanie jednej strony dziennie. A 365 stron napisanych w ciągu roku to już książka!

To było dla mnie jak objawienie. Stwierdziłam, że spróbuję zrobić krok w tył i przyjrzeć się mojemu tematowi mojego pisania szerzej. Czy może jest już teraz coś, o czym mogłabym pisać? Stwierdziłam, że nie mam materiału na powieść, ale na poradnik o szczęściu to już i owszem… To nie muszę od razu wydawać powieści – bo to nie musi być moja pierwsza książka!

I kiedy w czerwcu zeszłego roku zabierałam się za pisanie – jak wtedy myślałam – książki, poczułam euforię. Uda się! Narrreszcie! Tylko zabiorę się do pracy. Rzeczywistość jednak dość szybko mnie naprostowała: proces pisania nie wyglądał tak, jak to sobie wyobrażałam.

Zakładałam, że:

Ja + czas + szczera chęć pisania = pisanie = książka w (około) rok

Wzięłam więc urlop, a szczera chęć aż ze mnie kipiała. Wyszło natomiast:

Ja + czas + pisanie – doświadczenie = mnóstwo argumentów od krytyka, że to się do niczego nie nadaje, wychodzące braki merytoryczne do uzupełnienia (sporo dalszej mozolnej pracy!), konstatacja, że za dużo od siebie chcę od razu (tzw. spina i problemy z plecami) = sporo tekstu, ale jeszcze zupełnie nie książka.

Tekst, który wtedy powstał nie był w gruncie rzeczy zły i przydaje mi się teraz czasami, kiedy przygotowuję dla Was kolejne posty. Ale krytyk był nieugięty. Czepiał się każdego zdania, każdego źródła, każdej kwestii, w której musiałam się jeszcze czegoś dowiedzieć. Nie mogę mu mieć tego za złe. To ja zrobiłam błąd w założeniu: nie uwzględniłam swojego braku doświadczenia w pisaniu.

Zrozumiałam, że za dużo od siebie wymagam. Doszło do mnie, że trzeba do sprawy podejść spokojniej, zanim ogarnę, jak pisać, żebym była zadowolona.

I nastąpiło drugie olśnienie. Pomyślałam, że pewnie zabierze to tyle samo czasu, co nauczenie dziecka chodzić – czyli około rok. Przecież to trwa! Skoro nigdy nie pozwalałam sobie na pisanie czegoś, co miało by ujrzeć światło dzienne (poza wypracowaniami w podstawówce, które czytaliśmy w klasie na głos) to skąd miałam wiedzieć, jak mi to będzie szło? Teraz trzeba nauczyć się jak się za to zabierać.

Więc na ten moment odpuściłam sobie pisanie i zabrałam się za uzupełnianie wiedzy. Minęło pół roku. I nastąpiło kolejne zaskoczenie.

Zajmując się rozwiązywaniem zupełnie innego problemu, znowu natknęłam się na Doreen Virtue i radę, by prosić o pomoc siłę wyższą. Zgodnie z jej radą postanowiłam napisać list do wszechświata z prośbą o radę. Wygląda to tak: Drogi Wszechświecie, mam taki a taki problem, proszę o podpowiedź… a ta wypłynęła na wierzch jeszcze w czasie jego pisania. Załóż bloga. Ludzie będą czytać, Ty będziesz zdobywać doświadczenie w pisaniu. Już wcześniej o tym myślałam, ale… zgadnijcie, co. Myślałam że to nie dla mnie. Nie dam rady. Nie mam doświadczenia. Nie ogarnę w sposób satysfakcjonujący… Brzmi znajomo? 🙂

Tak więc blog wystartował jeszcze tego samego dnia. A potem przyszła pora na bycie elastycznym.

Kiedy zaczynałam pisać, założyłam sobie taki rytm: napisanie jednego tekstu w tygodniu. I chociażbym nie wiem jak panikowała, to natchnienie po opublikowaniu kolejnego postu zawsze wraca. Nie ukrywam, że pomagają w tym Wasze komentarze 🙂 Zawsze coś mi przychodzi na myśl, kiedy je czytam.

Ale ostatnio rytm się zmienia: publikuję coraz rzadziej. Znowu jest powód do panikowania: już 10 dni jak nic nie udało się skończyć! Ale – teksty robią się dłuższe, więc dłużej nad nimi pracuję.  Jeśli chodzi o pisanie książki, to dobry kierunek, nie? 🙂 Także chociaż mogłabym się na siebie złościć, to właściwie jestem zadowolona 🙂 Zmieniłam teraz założenie i teraz piszę ok 1000 słów tygodniowo. Też dobrze 🙂 Wszystko podąża we właściwym kierunku.

Podsumowując – kilka uwag na zakończenie:

Słuchaj swojego wewnętrznego głosu. Zawsze. Może Ci powiedzieć wiele cennych rzeczy. Do Ciebie należy decyzja, czy posłuchasz głosu strachu, czy nadziei. Strachy wyciągnięte na światło dzienne często przestają być potworami. Nadzieja daje Ci szansę na dojście tam, gdzie chcesz.

Bądź gotowy/gotowa na to, że po drodze Twoje życie może się zmienić – ale uwaga, tylko na lepsze 🙂 Może też się poszerzyć zestaw przyjaciół czy zmienić podejście do czasu, pracy, życia.

Naturą odkrycia jest to, że nie wiesz tego, co masz odkryć! Wiec przygotuj się na drogę w nieznane. I myśl o tym co możesz zrobić w tym konkretnym  kroku. Pamiętaj, jednym kroku na raz. Powodzenia! I czekam cierpliwie na Wasze komentarze.

Dla aspirujących pisarzy, bogaczy i szczęśliwców

Każdy z nas ma jakieś niespełnione aspiracje. Wielu z nas marzy o innej karierze, realizacji marzeń, bezpieczeństwie finansowym, ale z jakiegoś powodu – nie udaje się. Stoimy w miejscu.

Taka sytuacja. Takie warunki, tłumaczymy sobie. I tylko co jakiś czas szlag nas trafia, że nie jest tak jak byśmy chcieli.

A jest ktoś, kto z takiej frustracji się cieszy.

To australijska finansistka Julie Ann Cairns, autorka książki o dobrobycie (niestety jeszcze niedostępnej po polsku) The Abundance Code: How to Bust the 7 Myths for a Rich Life Now (Kod Dostatku: jak rozmontować 7 mitów i żyć szczęśliwym życiem), w której pisze o tym, że do osiągnięcia sukcesu potrzebne są trzy rzeczy:

  1. szczera chęć
  2. odpowiednia wiedza – oraz, trzeci magiczny składnik,
  3. wspierające przekonania.

Jeśli naprawdę czegoś chcemy i włożyliśmy mnóstwo pracy w to, żeby zdobyć odpowiednią wiedzę i umiejętności, a mimo wszystko jakoś NIE WYCHODZI, oznacza to, że najprawdopodobniej w podświadomości  nosimy przekonania, które nas samych sabotują.

Przekonania to nasz wewnętrzny skrypt, „prawdy objawione,” których nie zmieniamy zbyt często. To takie nasze „jest jak jest”. Niektóre są dla nas dobre, inne nam szkodzą – i możemy nie mieć tego świadomości, bo na co dzień się nimi nie zajmujemy. Dotyczy wszystkich dziedzin życia, ale na ten moment przez chwilę będzie o pieniądzach.

Stwierdzenia typu „pieniądze szczęścia nie dają” albo „wszystkiego mieć nie można” z pozoru szkodliwe nie są, ale nas blokują i powstrzymują od działania. Przy bliższym przyjrzeniu się okazuje się że skoro myślimy coś w rodzaju „mi się i tak nie należy”albo „dla wszystkich nie starczy”, to nigdy nawet nie spróbujemy wyciągnąć ręki po to, czego bardzo pragniemy, bo zabraknie dla kogoś innego. (Dla waszej wiadomości, na świecie produkuje się dwa razy więcej jedzenia, niż potrzeba, żeby wykarmić całą ludzkość  – połowa się marnuje!) Inny przykład – „pierwszy milion trzeba ukraść” – a kto chce  sam o sobie myśleć jak o złodzieju?

Doświadczenie, kiedy nie zdajemy sobie sprawy z tego, co nam siedzi w głowie, Julie porównuje do siedzenia na dwunogim stołku: pierwsza noga to chęć, druga to odpowiednia wiedza i kompetencje, a bez tej trzeciej nogi, jaką są wspierające przekonania, można się tylko przewrócić. Właśnie wtedy ogarnia nas ta złość, o której dzisiaj Julie mówi, że jest bezcenna – kiedy czuje się sfrustrowana, to oznacza, że jest blisko odnalezienia jakiegoś sabotującej myśli i czuje się prawie tak, jakby miała zaraz odkopać jakiś skarb.

A to dlatego, że najważniejsze jest

  1. Zidentyfikowanie ograniczającego przekonania.

To jest ten klejnot. Jeśli już wiesz, jaka to myśl, masz możliwość rozpocząć pracę. A jak wygląda ta praca?

2. Podważasz swoje przekonanie

Robisz to podrzucając w jego okolice wątpliwości. Czy to na 100% prawda? Czy jesteś w stanie dopuścić do siebie możliwość, że jest trochę inaczej, niż zawsze myślałeś? Czy może znajdujesz dowody na to, że nie jest tak jak myślisz? Weźmy chociaż „pieniądze szczęścia nie dają”. A to niby bieda prowadzi do wiecznej szczęśliwości? To tylko jeden przykład. A to prowadzi do trzeciego kroku, jakim jest

3. „Nadpisanie” nowego przekonania

To przyjęcie założenia, że możesz osiągnąć to co chcesz – i niekoniecznie przy tym stracić. Jeśli słyszeliście o afirmacjach, to o nich tutaj mowa. „Mam fajną pracę, w której się realizuję i dobrze zarabiam” – brzmi możliwie? Jeśli spróbujesz tak pomyśleć, dopuścisz do siebie możliwość, że to chociaż w jakiejś części osiągalne, to może zakiełkuje w Twojej głowie jakiś pomysł, jaka to by konkretnie praca miała być. A że przy okazji wydziela się entuzjazm to masz możliwość skupić się na tym, co możesz zrobić, zamiast na tym, co się nie da. To daje moc! Na początku oczywiście masz wrażenie, że to nieprawda, ale po to właśnie się to robi: żeby się do tej nowej myśli przyzwyczaić. Wszystko nowe, czego próbujemy, na początku wydaje się dziwne. Warto spróbować! A jak już się przyzwyczaimy, to zaraz pokazują się następne przekonania… i można zaczynać od początku 🙂 Afirmacje są zdaniami w czasie teraźniejszym, niezawierającymi przeczeń, opisującymi naszą docelową rzeczywistość. Możesz też na przykład spróbować pomyśleć: „Pozwalam sobie zmienić przekonania na bardziej dla mnie korzystne”. Ponieważ afirmacje same w sobie to duży temat, pewnie będzie o nich osobny wpis.

Teraz, tradycyjnie, przypowiastka, czyli jak to u mnie wychodzi w praniu.

Moim marzeniem od dziecka było pisanie – najlepiej powieści dla dzieci. W podstawówce, w okolicach piątej klasy nawet zaczęłam, ale utknęło to dość szybko, pozostając tylko tematem do docinków w mojej klasie (czyt. w przerwach tablica zapełniała się napisami w stylu „Asia Jędrzejak piszę książkę pt. „Zgrana paczka”…). Nie wyszło, więc pomyślałam, że pewnie muszę poczekać aż będę starsza.

Zostałam dorosła i dalej nic nie pisałam, bo byłam zbyt zajęta, tłumaczyłam sobie. Nie ma czasu, jedna szkoła, druga, praca, pieniądze, brak czasu na wszystko, może jak będę miała urlop. Nie mam urlopu, bo za bardzo zajęta jestem, żeby go wziąć. Terminy w pracy, nie mam siły, za dużo pracuję. Nie mam nawet czasu się zastanowić, o czym to dokładnie by miało być. Może kiedyś jak będę mieć więcej czasu.

Albo jak przejdę na emeryturę.

Jak mawia pisarz i psycholog Robert Holden, zabawne, jak sami zabraniamy sobie pewnych rzeczy. Bo jesteśmy za młodzi. Jesteśmy za młodzi, jesteśmy za młodzi, a potem nagle – jesteśmy już na niektóre sprawy za starzy 🙂

Tymczasem…

W zeszłym roku dzięki kopaniu w tematyce szczęścia natknęłam się internetowy kurs dla początkujących pisarzy (tak, są takie! Po angielsku.) Już po obejrzeniu filmów reklamowych, w których prowadzący rozbili w pył powstrzymujące mnie moje własne myśli, jednej niedzieli rano po prostu usiadłam i popłynęły zdania. Na razie jeszcze nie powieść, o której nadal marzę, ale – kto powiedział, że to musi być moja pierwsza książka? Na początek – poradnik o szczęściu, podsumowujący to o czym już wiem, że działa.

Akurat na tapecie miałam ćwiczenie o przekonaniach z książki Louise Hay „Możesz uzdrowić swoje życie”, które i Wam gorąco polecam. W temacie, w którym chcecie dokonać jakiejś poprawy, trzeba założyć sobie „kartkę na przekonania” i zapisywać na niej przez kilka dni WSZYSTKIE MYŚLI, jakie macie na ten temat. WSZYSTKIE, bez żadnego wyjątku. Kiedy już wiesz, co masz w głowie, możesz się zastanowić, czy to racjonalne! Postanowiłam posłuchać swoich myśli w temacie pisania i przeprowadzić z każdą z osobna przeprowadzić racjonalny dialog. Brzmiało to mniej więcej tak:

– Nie masz czasu na żadne pisanie! Może tylko pamiętnik raz na jakiś czas, najlepiej na wakacjach. – grzmiał mój wewnętrzny krytyk.

– No dobrze – odpowiadałam – ale jeśli napiszę nawet tylko kilka zdań w ciągu dnia, wtedy, kiedy akurat dopadnie mnie natchnienie, to jakoś się to będzie pchać do przodu. A jak dociągnę do strony dziennie, to w rok mam 365 stron. To już książka 🙂

– E tam, to ma być powieść. Inna książka się nie liczy. – krytyk się naburmuszył.

– Oj liczy, liczy. Trzeba się będzie zmotywować, wziąć do roboty, dać to komuś do przeczytania, więcej poczytać, czegoś nowego się nauczyć, będzie naprawdę fajnie! A że to o ćwiczeniach ze szczęścia, to może się go przy okazji trochę wydzieli, z korzyścią dla mnie.

– No nie, nie możesz jej teraz zacząć pisać, bo w ogóle już nie pamiętasz o czym dokładnie to miało być, ani nie masz struktury, ani nic. Nie będziesz pisać żadnej książki. – krytyk był coraz bardziej zdezorientowany, ale stanowczy.

– Oj tam, w ciągu dnia zawsze coś się przypomni, trzeba tylko zawsze mieć ze sobą notatnik, łapać te myśli jak przyjdą, struktura wyjdzie potem. Trzeba sobie ułatwiać, a nie rzucać kłody pod nogi.

Potem kaliber się zwiększył:

– Jak to, będziesz pisać o szczęściu – bo wydaje Ci się już coś tam wiesz? Nie studiowałaś przecież psychologii! Nie masz profesury, ani nawet doktoratu. Nie jesteś żadnym ekspertem, nie masz nawet siwych włosów (!) i nie występujesz w telewizji! Co z Ciebie autorytet?

– Tak, nie mam profesury, ale swoje przeżyłam i swoje wiem.  Mam pozytywne doświadczenia i chcę się podzielić nimi z innymi ludźmi, bo może akurat to komuś pomoże.

Z czasem krytyk zmienił taktykę – zrobił się sprytniejszy. Im więcej pisałam, tym więcej takich „złotych myśli” miałam zanotowanych na marginesach tekstu.

– Każda rzecz o której piszesz już gdzieś została opisana. Toż to plagiat!

– Nie, bo ja piszę o swoich doświadczeniach i swoim głosem. A jeśli inspiracja skądś idzie, to wyraźnie wspominam, skąd i od kogo. Poza tym można też zrobić bibliografię do książki, a cytaty opisać.

– Ale czy to się komukolwiek przyda? To same truizmy… – krytyk był głęboko sceptyczny.

– Może, ale naprawdę nie wszyscy o nich wiedzą. Może moja perspektywa będzie dla kogoś ciekawa, może właśnie dzięki temu, pod jakim kątem ja na to patrzę, ktoś wyciągnie z tego coś dla siebie.

– Chyba, że przeczytasz to co sama napisałaś! – przyszło mi odeprzeć kolejny atak.

– Ok., spokojnie, przeczytam i popoprawiam, zrobię tak, żeby naprawdę przyjemnie się to czytało.

I tak, po kolei, co kilka dni, myśli, które w założeniu mają chronić, a w praktyce odbierają moc, wyskakiwały na wierzch i były stopniowo wyłączane. W zasadzie później traktowałam to już jak zabawę. Ciekawe z czym teraz wyskoczę? Wiedziałam, że krok za krokiem będę dalej robić swoje, bo dzięki znajomości teorii o przekonaniach byłam na to starcie dobrze przygotowana. A każdej myśli podziękowałam: przecież nie miała nic złego „na myśli”, ale teraz czas już był na nie.

Zgodnie z zasadą zaginania się czasoprzestrzeni, dwa tygodnie po tym, jak zdecydowałam się pisać – pojawił się ktoś, kto chciał to wydać! A przynajmniej tak z 20 stron tego, co mam do powiedzenia. Musiałam się zmotywować i zabrać do pracy.

– Nie masz czasu żeby pisać! A musisz mieć go mnóstwo, żeby się skupić! – histeryzował krytyk.

– To wezmę urlop, zepnę się i zrobię to.

Okazało się, że udało mi się spiąć. Konkretnie – tylko plecy. „Rozpinanie” zajęło dwa tygodnie u fizjoterapeuty. Tekst powstawał, ale moim zdaniem nie nadawał się do publikacji. Spędzałam czas głównie na poprawianiu każdego zdania.

Poległam. Wyszło na to, że nawet jeśli się bardzo lubi, na przykład, góry i w końcu się w te Tatry pojedzie, to może się okazać, że droga na Rysy  pierwszego dnia, tu westchnienie, będzie zdecydowanie za trudna. I trzeba zacząć od czegoś prostszego.

– Ech, nigdy tego nie zrobisz! Zobacz ile trudności się piętrzy! Nici z tego Twojego wydawania książki. – krytyk był zrezygnowany, chociaż w końcu wyszło na jego.

– Ale zobacz, ile się nauczyłam. Wiem już, że trzeba się zabrać do całego procesu pisania jak do nauki chodzenia. TRZEBA DAĆ SOBIE CZAS. Znaleźć nowe sposoby na te nowe problemy. Dziękuję Ci, że tak się o mnie troszczysz, mój Drogi Umyśle, ale poradzę sobie i z tym.

I dlatego, mości Państwo, w tej chwili cieszycie się tym blogiem, gdzie swoją wiedzę i doświadczenia przekazuję Wam po kawałeczku. Nie w formie książki od razu. W mniejszych porcjach. To taki mój spacer po Krupówkach i nad Morskie Oko. Dzisiaj właściwie, z długością tego tekstu, to już nawet Czarny Staw 🙂

Zgodnie z wcześniej zaprezentowaną zasadą jestem teraz wdzięczna za każde jedno zdanie które piszę. Za każdy krok, każdą myśl i każde słowo, które przybliża mnie do kolejnego postu. To pomaga mi przetrwać „dni bez weny,” chociaż właściwie zorientowałam się, że bardziej są to dni niewyspane albo zwyczajnie zbyt zabiegane. A z czasem idzie to coraz prościej.

Mam nadzieję, że ten przykład posłuży wam do rozbrojenia własnych ukrytych „bomb”.

Kiedy zaczniemy się przyglądać temu, jakie mamy przekonania na dany temat, może okazać się, że sami odbieramy sobie prawo i moc do zrobienia czegokolwiek w tym kierunku, żeby coś złego się nie stało.

Tak więc drodzy aspirujący! Pisarze, bogacze i szczęśliwcy! Kartki w dłoń! Możecie wyciągnąć swoje przekonania na wierzch i się im przyjrzeć, a potem obrócić na drugą stronę i zamienić na takie, które będą nas wspierać w działaniu. Dajcie sobie prawo do własnych marzeń! Co Wam przychodzi do głowy, kiedy myślicie o swoim temacie? Dyskutujcie z wewnętrznymi krytykami. Rozbrajajcie bomby. Rozpracowujcie. Róbcie jeden krok na raz. Ale codziennie odrobinę do przodu. Każdy krok jest lepszy niż żaden.

Bo najgorsze, co nas może w życiu spotkać, to żałowanie, że się nawet nie spróbowało.

 

 

Co warto kolekcjonować?

Zbieramy w życiu różne rzeczy. Czasem nawet robi się ich za dużo – pisałam już nawet o tym.

Coś jednak wato zbierać. Co to takiego?

Oto mądra opowieść – mówił te słowa Piotr Fijewski z ośrodka INTRA, a szło to mniej więcej tak:

Wyobraź sobie, że Twoje życie – Twój czas to woreczek ze złotym piaskiem. Codziennie rozsypujesz ten piasek na cztery kupki:

  1. Pierwsza to Twoje zadania – cele do zrealizowania. To wszystko, co trzeba zaplanować, a potem włożyć pracę, by się zrealizowało.
  2. Druga to dbanie o siebie: sen, jedzenie, mycie itp.
  3. Trzecia to czas poświęcony na relacje z ludźmi – spędzony z rodziną, przyjaciółmi, ludźmi z pracy itd.
  4. Ostatnia, czwarta ma intrygującą nazwę: to ALOKACJA BEZKIERUNKOWA. Granie w gry na komórce, szwędanie się po sklepach, przeskakiwanie po kanałach w telewizorze, surfownie po necie, chociaż nie szuka się niczego konkretnego. Czas ten wymyka się spod naszej kontroli – można powiedzieć, że jest zmarnowany.

Oczywiście te kupki nie są równe. A co jest w tej opowieści kluczowe?

Im większa jest pierwsza kupka, tym bardziej, automatycznie, rośnie też ostatnia.

Ha! Można pomyśleć: co za rozczarowanie! Tak się na co dzień staram, żeby załatwić jak najwięcej spraw, a tu coś takiego?

Dlaczego ten mechanizm tak działa? Otóż te nasze zadania mają CELE, które znajdują się w przyszłości, a więc RZECZYWISTOŚCI, KTÓRA NIE ISTNIEJE. Gonimy, skupiając się na tym punkcie w przyszłości, pomijając zupełnie TERAŹNIEJSZOŚĆ, czyli to, co JEST. A to bezcelowe wydawałoby się pałętanie pozwala doświadczyć obecnej chwili.

Co więc możemy zrobić?

Skupić się na tu i teraz – na doświadczeniu teraźniejszości. I niech będzie ono jak najlepsze! Odetchnij. Daj sobie PEŁNE PRAWO DO MARNOWANIA CZASU. Może z tego wyniknąć o wiele więcej dobrego niż się spodziewasz 🙂 Można powiedzieć, że czas ma też głębokość, albo jakość. Tak jak ten spędzony na opowiadaniu bajki dziecku, na przejściu się boso po trawie, oddychaniu pełną piersią, kiedy widzi się coś pięknego. Kiedy siedzisz z wędką w ręce albo leżysz na leżaku, palcami stóp przegrzebując ciepły piasek nie masz chęci spoglądać co chwilę zegarek, prawda?

W takich momentach przypominamy sobie co jest dla nas najważniejsze i mamy szansę na refleksję, jak przebudować swoje życie, by było dla nas przyjemniejsze. Po prostu na co dzień zajmujemy się całą masą rzeczy pilnych, nie zostawiając zbyt wiele miejsca na rzeczy ważne.

Podczas pierwszego zeszłorocznego urlopu postanowiłam świadomie marnować czas na te wszystkie rzeczy, które lubię, chociaż może nie są zbyt spektakularne: zamiast popędzić na zaplanowany wcześniej objazd po Egipcie, zostałam w domu. Był piękny czerwiec, pogoda dopisywała, chodziłam codziennie do lasu, kładłam się na ulubionej polanie i czytałam, albo gapiłam się na drzewa i chmury, albo po prostu nie robiłam nic. Oddychałam pełną piersią, pierwszy raz od dawna. Z tamtego czasu pochodzi zdjęcie w zakładce „o mnie” – dawno nie czułam się tak szczęśliwa i to widać, prawda? 🙂

Jeśli to co napisałam wyżej Cię nie przekonuje, weź pod rozwagę następujące zdanie:

Na łożu śmierci nikt z nas nie będzie żałował, że nie pracował więcej.

A na pytanie zadane w tytule udzielam sobie samej codziennie odpowiedzi: warto zbierać miłe przeżycia, nie przedmioty.

Polecam wysłuchanie całego wywiadu z Piotrem Fijewskim w Klubie Trójki:

http://www.polskieradio.pl/9/396/Artykul/1391004,Wyscig-z-czasem-Stajemy-sie-kolekcjonerami-wydarzen

A poniżej krótki film z Jose Mujica, byłym prezydentem Urugwaju, który ma podobny punkt widzenia. Na marginesie, kiedy wygrał wybory, nie wyprowadził się ze swojego domku na przedmieściu, nie pozbył przygarniętego, trzynogiego kundelka i dalej ujeżdżał garbusem 🙂

Wyobraź sobie (i dziękuj), a będzie Ci dane

Czym jest dla Ciebie dobrobyt, dostatek? Czego Ci potrzeba? Czego Ci brakuje do szczęścia?

Lista może być długa: pewnie zaczyna się od pieniędzy, ale zaraz przechodzi do zdrowia, rodziny i przyjaciół, wolnego czasu i wakacji…

A teraz sobie wyobraź, że już to wszystko masz.

Pewnego letniego dnia w zeszłym roku natknęłam się w internecie na kurs Jean Houston, amerykańskiej mentorki, która zajmuje się „aktywowaniem twojego celu w życiu.” Brzmi to może niepolsko, ale o to właśnie chodzi – o dotarcie do tej prawdy, kim jesteś i czego chcesz, do czego się nadajesz i co masz robić, byś czuł radość i satysfakcję, a jeszcze żeby świat na tym skorzystał.

Sądzę, że naprawdę każdy z nas może żyć swoimi pasjami (o ile jeszcze się jeszcze tego nie robi) i jednocześnie przynosić radość i wiele dobrego innym. Myślę też, że tylko z pasją pracując możemy osiągnąć jakikolwiek sukces. Tak więc wysłuchałam półtoragodzinnego wykładu pani Houston o tym, jak się do sprawy zabrać i oto, co z tego wniknęło.

Jean jest zwolenniczką korzystania ze wszystkich zmysłów przy rozwiązywaniu problemów. Opowiada, jak różnią się sposoby szukania rozwiązań między różnymi kulturami – np. na zachodzie robi się spotkania, gdzie się siedzi, myśli i dyskutuje, a, dla kontrastu, w afrykańskiej wiosce była świadkiem, jak kwestia nowego śmietniska stała się obiektem wielkiej imprezy, pełnej śpiewów, skoków i tańca. Satysfakcjonujące rozwiązanie znaleziono i obwieszczono je na koniec spotkania.

Żeby zaprezentować skuteczność podejścia „pięciozmysłowego” Jean zaproponowała mały eksperyment, który i Wam polecam.

  1. Pomyśl o czymś, czego teraz naprawdę chcesz/potrzebujesz.

Ja akurat w momencie zadawania tego pytania pomyślałam „WAKACJE! Takie w Polsce, na łonie natury, poleżeć, pooddychać, pocieszyć się pięknymi widokami i miłym towarzystwem! Wrzucić na luz przy ładnej pogodzie!”

2. A teraz zamknij oczy, pooddychaj chwilę głęboko i wyobraź sobie bardzo dokładnie…

  • jak wygląda morze i piękny zachód słońca… i to czego naprawdę chcesz
  • jak brzmi szum lasu i strumień… i co słychać, kiedy już masz to czego Ci trzeba
  • jak to jest biec po ciepłym piasku, robić koziołki… i jak się czujesz, kiedy już masz to, czego chciałeś
  • jak nowa książka, domowe ciasto… i jak pachnie to miejsce, gdzie chcesz być
  • jak smakują truskawki, twoje ulubione lody… a teraz jak smakuje kolacja, kiedy już robisz/masz to, czego potrzebujesz

Im więcej szczegółów uda Ci się zamontować w tej wizji, im bardziej będzie żywa i kompletna, tym lepiej! Uwaga techniczna: te wszystkie miłe rzeczy na początku każdego punktu to „na rozgrzewkę” zmysłów – by łatwiej się wyobrażało 🙂 Możesz je zastąpić  innymi, byle wyrazistymi, rzeczami.

No więc przeprowadziłam takie ćwiczenie na temat wakacji. Była tam łąka z wysoką trawą i kwiatami, rozgrzana słońcem, a na niej barany (wspomnienie z ostatniego wyjazdu w góry), piasek na plaży i zapach morza i to poczucie na skórze, którą właśnie opaliło słońce, i kolacja z przyjaciółmi przy ognisku i gitarach, spokojne oddychanie, kiedy się niczym nie trzeba przejmować, i luz. I ta natura, która mi daje wytchnienie i pozwala spojrzeć w głąb siebie.

Całość trwała z 5-7 minut. Było mi o tyle łatwiej, że ktoś mi mówił, co mam sobie po kolei wyobrażać, ale myślę, że też jesteście w stanie sami zrobić podobny eksperyment.

A teraz – co z tego wynikło.

Kiedy następnego dnia wyszłam z biura – okazało się, że się nie spieszę, tylko stoję i oddycham głęboko i rozglądam się dookoła. Słońce grzeje i czuję wiatr na skórze – to zauważyłam od razu. Zaraz potem się zorientowałam, że za płotem szumią piękne, wysokie drzewa. Poczułam to lato, na które tak czekałam!

Coś niesamowitego się stało – przez kolejne dni CODZIENNIE, beż żadnego dodatkowego wysiłku, czułam się przez przynajmniej przez 5-10 minut, jakbym JUŻ była na tych wakacjach! Tu i teraz, bez wyjeżdżania! Okazało się, że obok mojej pracy jest las – i przez poprzednie 8 lat, jak tam pracowałam, nie przyszło mi na myśl, żeby się tam przejść. Teraz zostało to „odhaczone” z listy.

Oczywiście tak nastawiona, coraz częściej i więcej kombinowałam, jak by się tu do tych wakacji zabrać, żeby się udało. Skończyło się to wszystko dwoma wyjazdami – miał być jeden w góry, jeden nad morze, a wyszły dwa nad morze. Może być – grunt to od czegoś zacząć 😉 Ognisko się odbyło,  spacery po ciepłym piasku też, opaleniznę zorganizowano. Towarzystwo dopisało 🙂

Od tamtej pory, kiedy czegoś chcę, zaczynam o to prosić właśnie w taki sposób – dokładnie sobie to wyobrażam, a nawet rysuję. A potem zaczynam dziękować za najmniejsze symptomy tego, że spełnienie mojego marzenia nadchodzi! Zaczęłam zauważać te wszystkie małe sygnały, które mnie otaczają i je doceniać (zgodnie z zasadą opisaną wcześniej, za wszystkie takie drobne cudy ładnie mówię rzeczywistości „dziękuję” 🙂 )

Ostatnio się zorientowałam, że tęsknię za śpiewem ptaków, szczególnie kosów, które w moim rodzinnym domu słychać bardzo dobrze. Narysowałam sobie śpiewające ptaki i rysunek stoi w kuchni.

Jak myślicie, co słyszę ostatnio, kiedy tylko wyjdę na dwór? 🙂 Te ptaki były tu cały czas… tylko teraz ja je wyraźniej słyszę – bo ich słucham. Pewnie też dlatego, że zaczęłam chodzić na spacery specjalnie tam, gdzie śpiewają. 🙂

Piękno – i to czego potrzebujemy – jest wszędzie, trzeba je dostrzec i wyciągnąć po nie rękę.

Tak więc: zdecyduj, czego chcesz, poproś o to, wyobrażając sobie to bardzo dokładnie, a potem doceniaj jakikolwiek przejaw tego, że idziesz w dobrym kierunku. A tego, co doceniasz, zrobi się znacznie, znacznie więcej.

PS. Zgadnijcie, jak się czułam po napisaniu tego tekstu 😀

PS2. Polecam też spróbować”przetańczyć” kiedyś jakiś problem. Albo pójść na jego temat na spacer w ładne miejsce, rezultaty są zazwyczaj zaskakujące 🙂

 

Czas na wiosenne porządki

Idzie wiosna, czas na przepakowanie ciuchów z zimowych na letnie. Swetry i ciepłe rajty wędrują u mnie do pudeł, a w ich miejsce  trafiają letnie sukienki i bluzki.

Przy okazji tej akcji wychodzi, czego w ogóle nie noszę, a co się nie dopina 😉 a co, chociaż znoszone, dalej chce się zatrzymać.

Jakieś pół roku temu, w ramach wdrażania w pracy systemu 5S przeorganizowaliśmy w pracy nasze biurka. W skrócie chodzi o to, żeby nie mieć na wierzchu nic niepotrzebnego, wszystko potrzebne pod ręką, a rzeczy wspólne dobrze oznaczone i zawsze w tym samym miejscu. Chociaż na początku były opory, bo części rzeczy trzeba było się pozbyć (problem!), to okazało się, że jakoś to lepiej teraz wygląda, łatwiej jest o porządek, a i łatwiej się skupić.

Żeby lepiej Wam przybliżyć ten efekt: pamiętacie, jak to było, kiedy się trzeba było przygotować do sprawdzianu w szkole, albo przysiąść do pisania jakiejś pracy na studia? Ja wtedy miałam nagle gwałtowną potrzebę umycia wszystkich okien i lodówki, a wiem, że są i tacy, co najpierw muszą z niej wszystko wyjeść 😉

Kiedy nie ma się w pracy na biurku sterty niepotrzebnych rzeczy łatwiej się zabrać za to, co aktualnie ma się do zrobienia. Prościej jest się też skupić. Żeby nie było, dalej trzymamy na biurkach osobiste rzeczy, ale zlikwidowaliśmy „zagracenie” – jakieś od wieków stojące kartony, złogi z szuflad, plątaninę niepotrzebnych, jak się okazało, przedłużaczy i niektóre meble.

To ćwiczenie sprawiło, że zauważyłam, że podobna zasada działa uniwersalnie: trzymanie się rzeczy, których już nie potrzebujemy, kosztuje nas energię i czas. Lepiej się ich pozbyć i mieć święty spokój. Jak się ma „za dużo” rzeczy w domu, to trudniej je posprzątać i  więcej czasu to zajmuje. A tą  energię można by spożytkować w inny, znacznie przyjemniejszy sposób.

Tak więc teraz staram się „odchudzić” stan posiadania. Czy NAPRAWDĘ tych rzeczy potrzebuję? Czy to tylko tak to stoi, przywalając albo przesłaniając przy okazji coś innego, co zawsze przez to trudno znaleźć? Może akurat ktoś się z tej rzeczy ucieszy? Biorę to i robię „podaj dalej”.

Przebierka z sezonu zimowego na letni jest dobrą okazją do tego typu selekcji, a dodatkowo taka praca fajnie wpływa na mózg.  Można się też przyjrzeć sprawom,  którymi się zajmujemy i naszym priorytetom. Może tu też jest czas na zmiany? Może już czas z niektórymi sprawami skończyć.

Życzę wielu pozytywnych wzruszeń przy przeglądaniu własnej garderoby – i wielu skutecznych pożegnań. W końcu jak coś odchodzi, robi miejsce na nowe.

PS. W ramach inspiracji –  Marie Kondo, która bardzo praktycznie uczy, jak do sprawy pozbywania się nadmiaru rzeczy podejść.

http://metrocafe.pl/metrocafe/1,145523,17677513,30_letnia_Japonka_napisala_ksiazke_o_sprzataniu__Sprzedala.html

Nadchodzi słońce

zdjęcie3925…więc czas się rozchmurzyć 🙂 W końcu od tego jest ten blog 😉 Pogoda będzie coraz ładniejsza…

…co i tak zapewne wielu osobom nie przeszkodzi na nią narzekać 🙂 I dzisiaj o narzekaniu właśnie. Zaczynamy, tradycyjnie, od przypowiastki, a dzisiaj będą nawet dwie.

Parę lat temu miałam okazję odwiedzić przyjaciółkę z Bergen na południu Norwegii (z tego miejsca serdecznie Cię, Natalia, pozdrawiam 🙂 ). Był czerwiec – specjalnie wybrałam się na letnie przesilenie, żeby zobaczyć słynne białe noce – a jednak, u progu lata, standardowy ubiór obejmował zimowe kozaki i szalik. Jednego dnia nawet nie wyszłam z domu, bo deszcz padał poziomo.

W inne dni słońce świeciło przez 15 minut, po czym zaczynało padać, po czym znowu było słońce, a potem znowu deszcz, wiatr gnał ciężkie chmury po niebie i końca tego wyścigu nie było widać.

Wyobraźmy sobie, jak w takiej sytuacji wyglądały by rozmowy w Polsce. CIŚNIENIE SKACZE! Boli mnie głowa/Pewnie będzie mnie boleć głowa. Jestem nie do życia.

A jak reagowali Norwegowie?

Otóż jedyna reakcja była następująca: kiedy zaczynał padać deszcz, ludzie otwierali parasole. Kiedy przestawał, zamykali je. I to by było na tyle. Temat pogody nawet nie zaistniał w rozmowach z osobami, które wtedy poznałam, a dodać muszę, że wszyscy byli jacyś tacy… pogodni 🙂

W czasie tego wyjazdu zostałam zupełnie wyleczona z meteopatii. O ile wcześniej zdarzało mi się myśleć – jak zapewne wielu z Was, że kurczę, to może mieć na mnie jakiś wpływ, to teraz, zanim zacznę zwalać winę na pogodę, dobrze przyglądam się sama sobie. Czy dobrze spałam? Czy dobrze o siebie zadbałam? Czy dobrze jem? Czy może pozwalam komuś/czemuś mnie wkurzać i wyprowadzać z równowagi? Czy może czas w końcu na urlop?

Druga przypowiastka to moment, w którym mnie olśniło, o co chodzi. Jechałam pociągiem i spotkałam bardzo miłą parę. Dziewczyna była z Polski, jej chłopak z Australii i razem pałętali się po świecie. Trochę mieszkali w różnych miejscach w Azji (m. in. w Hong Kongu, gdzie akurat też byłam i od tego się zaczęła rozmowa) i w Europie. I ten przemiły chłopak w pewnym momencie wystrzelił:

Bo wy tu w Polsce macie to, no… „czysznjenje”. A wiesz, że nigdzie indziej na świecie tego nie widziałem?

Moi drodzy, czy zdajecie sobie sprawę, że jesteśmy – na tyle, na ile jak dotąd udało mi się ustalić – jedynym krajem na świecie, który podaje informacje o ciśnieniu? NIKT inny nie zwraca na to uwagi! O przepraszam. Lotnicy i marynarze tak. I ci, co ustalają, czy przypadkiem nie będzie huraganu.

Reszta świata ma ciśnienie w głębokim poważaniu, ponieważ nie uważa za zasadne oddawać władzy nad swoim samopoczuciem jakimś słupkom.

Narzekanie to tylko nawyk. Taki nasz polski small talk. Jak nie wiadomo, jak zacząć rozmowę, wystarczy znaleźć pierwszy z brzegu wspólny temat do marudzenia: pogoda, korki, przegrany mecz reprezentacji. Nie twierdzę, że świat jest idealny, ale może czas przejść do porządku dziennego nad tym, że nigdy takim nie będzie? Czas wziąć swoje sprawy w swoje ręce i zrobić coś, żeby poczuć się lepiej.

Na pewno pomaga zwracanie uwagi na to co właśnie jest dobre, na przykład praktykowanie wdzięczności, o czym pisałam ostatnio – działa dokładnie odwrotnie od narzekania. Okazuje się, że świat z szaroburego robi się kolorowy, pełen dźwięków i zapachów – często też tego, co lubimy i co sprawia nam radość. I życie staje się przyjemniejsze, chociaż niby nic się nie zmieniło. Narzekanie za to pomaga całą masę dobrych rzeczy przeoczyć.

A czy pomaga rozwiązywać problemy? Raczej nie. Udowodniono natomiast, że „przeżuwanie” w kółko tych samych tematów w negatywny sposób (zwane fachowo ruminacją) na prowadzi do obniżenia nastroju, a nawet może skończyć się depresją. Serdecznie polecam zajrzeć do książki Martina Selignama, „Optymizmu można się nauczyć.” Jest tam nawet praktyczny kurs, jak uniknąć tego zagrożenia.

Spróbujcie czasem dla sportu, jak ktoś narzeka, zapytać „A co u Ciebie dobrego?”. Po początkowym zdziwieniu drugiej strony możecie odbyć całkiem miłą rozmowę.

Tak więc: idzie piękna wiosna! Zauważ to i ciesz się tym! Ja o mało nie odkręciłam sobie wczoraj głowy, jadąc pociągiem. Tyle przepięknych drzew wszędzie kwitnie! Śpiewające ptaki! Ta młoda zieleń! Cudownie. Jest jeden taki moment w roku, trzeba to docenić. Śmieję się, że to największa orgia – drzewa uprawiają seks 😉 Można iść do parku i posiedzieć chwilę na trawie, chociaż się niby człowiek spieszy (z tego miejsca pozdrawiam Dominikę 🙂 )

A tak w ogóle – nie ma u nas trzęsień ziemi, nie wybuchają wulkany, nie ma huraganów, nie padają monsunowe deszcze, nie ogarnia nas wieczna zmarzlina ani nie zasypują piaski pustyni – to może jednak nie ma na co narzekać?… 😉

Polecam przerywnik muzyczny na poprawę humoru 🙂 Nadchodzi słońce!

 

 

Eksperyment: Wdzięczność

zawilce
Ta historia zaczyna się mniej więcej rok temu od maila z linkiem do bloga na LinkedIn, którego dostałam na pocztę. Zazwyczaj kasuję to jak spam, bez czytania, ale tym razem otworzyłam, bo artykuł nazywał się Dwie minuty, które sprawią, że będziesz szczęśliwszy w pracy, w życiu… i na święta”[1]), a napisał go Laszlo Bock, jeden z wiceprezesów Google. Mój temat, stwierdziłam, to przeczytam.

Okazało się, że w Google rozpoczęto „gDNA” – długoterminowe badania na temat równowagi między pracą i życiem osobistym. Zainspirowali się przy tym badaniami Framingham Heart Study, które trwają  od 1948 roku i miały badać choroby serca, a przy okazji wniosły wiele w dziedzinie genetyki, utraty wagi, a nawet szczęścia.

W założeniu zbieranie danych  o sposobie podejścia do pracy w Google ma potrwać nawet 100 lat i brane są pod uwagę wrodzone cechy człowieka i wpływ czynników zewnętrznych. Tymczasem już po dwóch latach ekspertom od kadr Googla udało się dojść do pewnych interesujących wniosków, ale o nich za chwilę.

Artykuł wspomina o zjawisku hedonistycznej adaptacji, czymś, co każdy zna z własnego doświadczenia: łatwo przyzwyczajamy się do tego co dobre i z czasem przestaje nam to wystarczać. Żeby utrzymać się na podobnym poziomie zadowolenia ciągle potrzebujemy nowych bodźców: praca lepiej, żeby była lepsza, samochód nowszy, wakacje fajniejsze… a kiedy już osiągniemy postawione sobie cele, na jakiś czas wskakujemy na wyższy poziom satysfakcji, po czym wracamy do naszej normy. Trochę jak chomik w kółku, biegniemy, ale ciągle jesteśmy w tym samym miejscu. Żeby było bardziej obrazowo, angielska nazwa tego zjawiska brzmi hedonistic treadmil (hedonistyczny kierat). Pamiętacie ze starych filmów takie chodzące w kółko osiołki, przypięte do drewnianej belki? Tak, wygląda na to, że jesteśmy w podobnej sytuacji.

Co ciekawe, okazuje się również, że bez względu na to, co wydarza się w życiu, czy rzeczy dobre, czy złe, ludzie mają tendencję do utrzymywania się na mniej więcej stałym, typowym dla siebie poziomie szczęścia. Wyjedziemy na wakacje – poziom satysfakcji wzrasta, ale potem jednak wraca do naszej „normy”. Przydarzy się coś smutnego – jakiś czas czujemy się gorzej, ale potem stopniowo „czas leczy rany”. (UWAGA: nad tym naszym „stałym poziomem szczęścia” też można pracować – i stąd ten blog).

A teraz co wyszło w badaniach gDNA: okazało się, że entuzjazm nowo przyjętych do Google pracowników, choć początkowo bardzo wysoki (w końcu to praca życia!), z czasem opadał. Wyszło jednak na to, że niektórzy z tych tzw. Googlerów łatwiej znoszą rutynę codziennej pracy niż inny, a to co odróżnia tych bardziej zadowolonych od mniej – jest wdzięczność.

Jak podsumował to Laszlo Bock,

Wygląda na to, że odczuwanie wdzięczności – i jej wyrażanie – pozwala Googlerom nie przyzwyczajać się do dobrego, dlatego właśnie, że ciągle zatrzymują się na chwilę, żeby być wdzięczni.

Ha! Odczuwanie wdzięczności i jej wyrażanie może pomóc czuć się szczęśliwą? No to spróbuję.

Artykuł zalecał wyrażanie wdzięczności na różne sposoby, na przykład:

  • poświęcenie tytułowych dwóch minut codziennie na podziękowanie jakiejś osobie lub
  • jej głośne pochwalenie, albo
  • zapisywanie raz dziennie paru rzeczy, za które jesteśmy wdzięczni.

W takim razie, pomyślałam, potrzebuję notatnika. Wzrok mój padł na gwiazdkowy prezent od koleżanki: mały notes z Wenecją na okładce. Leżał już jakiś czas, wcześniej nie bardzo miałam pomysł, jak go wykorzystać, a teraz nadał się idealnie. Można go nosić przy sobie i zanotować coś, kiedy akurat przyjdzie to do głowy.

W kolejnych dniach zapełniałam strony wpisami o rzeczach w sumie prostych. Dziękowałam za małe sukcesy – że autobus poczekał na mnie na przystanku, chociaż mógł odjechać. To, że drzewo po drodze do pracy tak pięknie kwitnie i pachnie, że w lesie są zawilce, a ja w końcu mam i czas i aparat, z którym mogę na nie zapolować (patrz zdjęcie 🙂 ). Że spotykam nowych ludzi, którzy do czegoś mnie inspirują, albo po prostu cieszą tym, że są. Że mam napęd do życia, i że to życie codziennie nabiera odrobinę więcej sensu i że czuję się coraz szczęśliwsza 🙂

Pomyślisz sobie może: jak akurat jest wiosna, to łatwiej czuć się szczęśliwym! Prawda to, jednak zorientowałam się, że świadome czucie wdzięczności faktycznie poprawia nastrój: nie tylko przeżywa się te miłe chwile, ale w ogóle się je ZAUWAŻA, a kiedy już minęły, zapisując przypomina się je sobie –  i w ten sposób można je przeżyć jeszcze raz, poczuć się znowu tak samo dobrze i wprawić się tym samym w dobry humor. A kto z nas tego nie chce?

Z czasem okazało się, że zauważam coraz więcej rzeczy, za które mogłam podziękować. Zdałam sobie sprawę, że kurczę, jest tego całkiem sporo: a to za ludzi w pracy, bo są naprawdę bardzo fajni i miło z nimi spędzać te wszystkie godziny; a to za efekty różnych ćwiczeń na szczęście, które praktykuję, bo jak się je naprawdę robi, to po prostu działają! I za to, że w ogóle trafiłam na te ćwiczenia.

Tak więc: działanie tego mechanizmu można określić jako swojego rodzaju pozytywne błędne koło. Im więcej dobrego dostrzeżesz, tym bardziej będziesz zadowolony i zrelaksowany. Im lepiej się będziesz czuć, tym większe prawdopodobieństwo, że zrobisz następną fajną rzecz. I tak w kółko.

Więc polecam – spróbujcie! Nawet spokojnie, wieczorem przed snem, pomyśleć, co dzisiaj przydarzyło się dobrego – przynajmniej tak z 5 rzeczy. Co miłego Was spotkało? Za co chcielibyście podziękować losowi? Czy ktoś zrobił dla Was coś dobrego? Co Was ucieszyło? A może dzisiaj macie powód, żeby być z siebie dumni? Pogratulujcie sobie! To nic nie kosztuje 🙂

Zachęcam też do pisania – najlepiej regularnego. Sam proces jest przyjemny, ale ile jeszcze potem satysfakcji, jak za jakiś czas się to czyta! Ja dzisiaj miałam taki dzień, z okazji pisania, że przejrzałam starsze wpisy i naprawdę, trudno przestać się uśmiechać 🙂

Eksperyment wdziecznościowy w moim życiu trwa od ponad roku stale i ciągle się przekonuję o licznych korzyściach z niego płynących. Teraz lista spraw, za które codziennie dziękuję jest naprawdę długa. Dlatego pewnie niejeden jeszcze wpis powstanie z ciekawymi historiami na ten temat.

Tymczasem – miłego i do następnego!

[1] Wszystkie tłumaczenia tego artykułu w tekście są mojego autorstwa. a link do artykułu w oryginale: https://www.linkedin.com/pulse/20141124163631-24454816-two-minutes-to-make-you-happier-at-work-in-life-and-over-the-holidays?trk=mp-reader-card